Zanim będę tu i teraz

Przez długi czas myślałem, że uważność to kwestia woli.
Jednej decyzji, która wszystko porządkuje.
Od postanowienia, że teraz już będę obecny.
Że odłożę telefon, wezmę głęboki oddech i w końcu będę tu, gdzie jestem.

Ale nawet gdy ciało siedzi spokojnie,
głowa dalej gdzieś chodzi.
Jakby coś mnie wołało z boku, cicho, ale uparcie.

Zauważyłem, że to wołanie rzadko dotyczy chwili obecnej.
Ono prawie zawsze przychodzi z miejsca, które nie zostało domknięte.

Relacje, które nie kończą się w momencie pożegnania.
Spotkanie, telefon, kilka zdań rzuconych mimochodem.
Niby wszystko w porządku, a jednak po fakcie coś wraca.
Jedno zdanie, które mogłem powiedzieć inaczej.
Milczenie drugiej osoby, które można zinterpretować na sto sposobów.

Idę na spacer, prowadzę samochód,
a rozmowa dalej trwa.
Już tylko we mnie.

Zauważyłem, że to nie jest potrzeba perfekcji.
To raczej potrzeba orientacji.
Chcę wiedzieć, gdzie stoję.
Czy jestem „w porządku”.
Czy relacja jest bezpieczna.

Dopóki tego nie wiem, uwaga nie ma gdzie osiąść.
Jak ptak, który krąży, bo nie widzi miejsca do lądowania.

Podobnie jest z innymi obszarami życia.

Są też sprawy zawodowe.
Projekty, które niby idą do przodu, ale nie mają jasnego końca.
Zadania, które nie są pilne, ale są ważne.

Zauważyłem, że one nie męczą mnie najbardziej wtedy, gdy nad nimi pracuję.
Najbardziej męczą wtedy, gdy próbuję odpocząć.

Siedzę z rodziną, czytam, piszę —
a gdzieś z tyłu głowy coś tyka.
Nie krzyczy.
Po prostu przypomina o swoim istnieniu.

I znów — to nie brak dyscypliny.
To brak domknięcia.
Mózg nie wie, czy temat jest zaopiekowany,
czy jeszcze grozi konsekwencją.
Więc trzyma go przy sobie, na wszelki wypadek.

Uważność nie zaczyna się od skupienia uwagi,
tylko od zmniejszenia liczby rzeczy, które o tę uwagę wołają.

Niedomknięte rozmowy, zadania, oczekiwania
utrzymują napięcie w tle,
nawet gdy „nic się nie dzieje”.

Powracające myśli nie są błędem systemu.
Niosą informację o czymś,
co wciąż domaga się orientacji. [1]

Domykanie nie zawsze oznacza rozwiązanie.
Czasem wystarczy nazwanie,
albo decyzja: „wrócę do tego później”.
Zapisuję wtedy myśl do notatnika,
zadanie do kalendarza,
gdzie wyrozumiale czeka na swoją kolej. [2]

W relacjach zaczynam jednak rozumieć,
że może skutek nie jest tak istotny jak intencja.
Jeśli wchodzę w rozmowę z daną intencją,
to mogę jej zaufać,
a analiza wszystkich możliwych wersji wydarzenia
schodzi na drugi plan.

Relacje domykam wtedy
nie przez analizę bez końca,
ale przez uznanie intencji
i zgodę,
że nie wiem do końca,
jak zostałem odebrany. [3]

Myślę jednak,
czy takie podejście nie wycisza empatii.
Czy zwrócę uwagę
na ważne sygnały?

To wracający głos tej starszej wersji mnie.
Tej, która kiedyś musiała wszystko rozumieć,
żeby czuć się bezpiecznie.
By przewidzieć.
By uniknąć.
By zaradzić.

Ale nie da się tego zrobić do końca.
To kosztuje za dużo energii.
Za dużo czasu.
Coraz częściej wolę te zasoby uwolnić.

Zadania w pracy też potrzebują sygnału „zaopiekowane”.
Inaczej będą wracać w momentach odpoczynku.
Najczęściej nie jako dobre pomysły,
ale jako wątpliwości
i wyolbrzymione problemy. [4]

Zamykam je więc mówiąc:
„zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić”.
I wychodzę.

Dopiero takie oczyszczenie przestrzeni
pozwala mi być obecnym.

Jest jednak coś jeszcze.
Presja.

Ta z zewnątrz,
wyrażana pytaniami i uwagami innych.
Ale jeszcze bardziej ta wewnętrzna:
„Powinienem się bardziej starać”.
„Powinienem być lepszy”.
„Powinienem wykorzystać ten czas”.

Presja nie ma jasnej miary.
Nie da się jej rozładować działaniem.
Ani magicznym „zamykam temat”.

Można zrobić bardzo dużo —
a i tak czuć,
że to jeszcze nie to.

I wtedy nawet chwila ciszy
staje się niepokojąca.
Bo cisza natychmiast
zostaje wypełniona wymaganiem.

Mogę jednak traktować presję
nie jako prawdę o mnie.
Raczej jako stan,
który przychodzi i odchodzi. [5]

Coś się pojawia.
Obserwuję tę myśl.
I pozwalam jej odejść.

Zanim spróbuję być tu i teraz,
pytam:
co jeszcze nie zostało wysłuchane.

Czasem wystarczy, że nazywam:
„To jest lęk przed oceną”.
„To jest niedomknięta sprawa”.
„To jest presja,
którą sam sobie dokładam”.

Nie zawsze da się wszystko zamknąć.
Ale często da się uspokoić.

Powiedzieć sobie:
„Na dziś to wystarczy”.
„Do tego wrócę jutro”.
„Nie muszę tego rozwiązywać teraz”. [6]

I dopiero wtedy coś się rozluźnia.
Nie myśli znikają pierwsze.
Znika napięcie,
które je podtrzymywało.

Cisza staje się możliwa dopiero wtedy,
gdy uwaga
nie musi już pilnować
tylu otwartych drzwi naraz.

Uważność jest skutkiem ubocznym domknięcia.
Nie kolejnym zadaniem do wykonania.


Kącik naukowy

[1] Mózg w naturalny sposób monitoruje niepewność. Gdy coś pozostaje „otwarte” (np. niejasna sytuacja w relacji, niedokończone zadanie), uwaga wraca do tematu nie dlatego, że „coś jest z nami nie tak”, ale dlatego, że układ nerwowy próbuje odzyskać orientację: co to znaczy, czy to jest bezpieczne, co zrobić dalej. To mechanizm adaptacyjny, a nie błąd. ↑ powrót

[2] Zapisanie sprawy do notatnika lub kalendarza działa jak zewnętrzna pamięć. Badania nad tzw. efektem Zeigarnik pokazują, że niedokończone zadania częściej wracają w myślach niż zakończone. Sam plan powrotu do tematu często wystarcza, by zmniejszyć napięcie. ↑ powrót

[3] Niepewność w relacjach dotyczy głównie poczucia bezpieczeństwa i akceptacji. Domykanie rozmów przez uznanie intencji zmniejsza ruminację, bez wyłączania empatii czy uważności na sygnały z zewnątrz. ↑ powrót

[4] Podczas odpoczynku mózg nie ma już zadań „na pierwszym planie”, dlatego niedomknięte sprawy łatwiej się uaktywniają. Krótkie domknięcie dnia pracy zmniejsza obciążenie pamięci roboczej i napięcie w tle. ↑ powrót

[5] Presja wewnętrzna często przyjmuje formę automatycznych myśli normatywnych („powinienem”). Uważność polega nie na ich eliminacji, ale na rozpoznaniu ich jako zjawisk mentalnych, które nie muszą sterować zachowaniem. ↑ powrót

[6] Zdania typu „na dziś to wystarczy” działają regulująco na układ nerwowy. Zmniejszają poczucie zagrożenia i pozwalają przejść z trybu mobilizacji do trybu odpoczynku, bez potrzeby natychmiastowego rozwiązania problemu. ↑ powrót